Epilogos

Minęły 2 lata publikacji na tym blogu. Pisałem z różną częstotliwością. Dziękuję za każdy komentarz, uwagi i maile. Dobrze było poznać tych wszystkich wspaniałych ludzi. Blogosfera Deon to niesamowite miejsce, w którym można być sobą, prowadzić budujące dyskusje i wspólnie szukać Boga.

Dzisiaj zamykam to miejsce pozostawiając wszystkie teksty, by można do nich wracać. Dużo się zmieniło. Pewną kontynuacją Kantyku Symeona będzie od teraz Pudełko NIC – autorski blog.

Dziękuję portalowi Deon za umożliwienie tej wymiany zdań, wszystkim blogerom za wsparcie i żywą obecność, ludziom za wspólne poszukiwanie, a szczególne podziękowania są dla Piotrka Żyłki za intuicję z Ducha Świętego, dzięki której to miejsce powstało.

Chwała Ojcu i Synowi, i Duchowi Świętemu,
jak była na początku, teraz i zawsze,
i na wieki wieków.
Amen.

Jaki jest twój obraz Boga?

Dzisiejszy fragment ewangelii św. Łukasza jest jednym z moich ulubionych. Jezus w ciągu swojej ziemskiej misji zadaje kilka ważnych pytań. To, które padło dzisiaj jest jednym z najważniejszych dla mnie. Przypomina mi, że piłka jest też po mojej stronie. Inicjatywa wiary należy również do mnie.

Bóg ma świadomość samego siebie, objawił ją nam. Teoretycznie wszyscy wiemy kim jest Bóg. Dzisiaj jednak ukazuje nam jak bardzo liczy się z naszym zdaniem. Nie chodzi o to kim jest naprawdę, kim jest dla świata. Tu chodzi o to, za kogo ja Go uważam. Wiara nie może być tylko zjawiskiem społecznym opartym na uznaniu jakiejś prawdy. Wiara to przede wszystkim żywa relacja z Bogiem. To co myślę o Bogu ma ogromne znaczenie. Od tego zależy moja postawa względem Niego, moja ufność w Boże działanie. To nie jest pytanie o nasze projekcje, owocem nie będzie zmiana Boga wedle naszych oczekiwań. To jak odpowiadamy świadczy o naszych brakach, czego my poszukujemy. On nam dał się poznać.

Z tym pytaniem wiąże się inny fragment, który przytacza św. Mateusza (Mt 10, 41). <<Kto przyjmuje proroka jako proroka, nagrodę proroka otrzyma. Kto przyjmuje sprawiedliwego jako sprawiedliwego, nagrodę sprawiedliwego otrzyma>>. Dla mnie to uzupełnienie. Korzystamy w takim stopniu z łaski Bożej, w jakim się na nią otwieramy. Czy może zbawić mnie prorok? Czy śmierć może pokonać tylko człowiek? Jeżeli uważam, że Bóg jest sędzią, który wymaga ślepego posłuszeństwa to będę pierwszym, którego ta wizja porazi. Pierwszy odczuję tego skutki, ale to nie Bóg mnie ukarze. To będą owoce mojego odwrócenia się od prawdy, że Bóg jest miłością. Rezygnując z pełnego obrazu Boga, tracę również pełny obraz siebie. Prawda o człowieku jest w Bogu. Jeżeli Bóg jest jak lustro, w którym poznajemy swój obraz, to fałszywe widzenie Boga jest jak zbite lustro. Zobaczę w Nim tylko tyle siebie ile fragmentów tego lustra pozostało.

Dzisiaj każdy z nas musi sobie uświadomić kim jest dla niego Bóg. Najpierw musimy poznać obraz jaki mamy w głowie, by umieć go zmieniać. Nie powinniśmy się załamywać. To wielki dar od Jezusa. Te braki musza nas mobilizować do poznania Go. To czego nam brakuje jest darem zachęcającym, by szukać Boga. Kto szuka Boga daje się też odnaleźć.

Owoce dziękczynienia

Przez bardzo długi czas nie rozumiałem modlitwy dziękczynnej. Dar był przyczyną, a wdzięczność skutkiem. Szczególnie trudno przychodziło mi dziękczynienie Bogu. Moja modlitwa zaczynała się od stosu próśb ewentualnie przeplatanych przeprosinami. Jakiś czas temu postanowiłem w sobie odnaleźć prawdziwe dziękczynienie. Kiedy mi się to udało zmieniła się nie tylko moja modlitwa. Zmieniłem się przede wszystkim ja i całe moje życie.

Myślę, że mój problem polegał właśnie na łączeniu pojęcia wdzięczności i dziękczynienia. Dzisiaj wiem, że są to dwa różne odcienie tej samej postawy. Wdzięczność jest skutkiem. Tak wiele otrzymaliśmy od Boga. Wszystko to zostało nam jedynie powierzone w Jego łaskawości: życie, rodzina, dom. Zostaliśmy powołani, by w pełnej wolności rozwijać te dary. Dlatego odczuwam wdzięczność za to wszystko. Jest też druga strona. Czy umiem żyć w dziękczynieniu? Dla mnie dziękczynienie jest przyczyną. To wewnętrzna postawa gotowości na przyjęcie łaski Bożej. Omija ona szerokim łukiem nasze pragnienia, projekcje i scenariusze. Dziękczynienie to zrobienie miejsca w duszy na działanie Boga. Niezależnie od tego czy zrozumiem Twój dar, pragnę go przyjąć Panie.

Gubimy się pomiędzy tym, czego naprawdę potrzebujemy, a czego pragniemy. Każde nasze pragnienie jest wołaniem o Boga. Mamy wybór i możemy skupić się na substytutach, zapchać się gadżetami. Bóg natomiast cały czas cicho puka do naszych drzwi. Dziękczynienie to wypatrywanie i nasłuchiwanie Go, to wrażliwość na Jego przyjście. Nie wiem, w jaki sposób do mnie przemówisz Boże, jak zechcesz mnie odwiedzić, ale już teraz Ci dziękuję i bardzo nie chcę przegapić tego spotkania. Mówię Panu Bogu by działał we mnie wedle swej woli, a pragnienie spotkania z Nim budzi we mnie ogromne dziękczynienie za sam fakt Jego istnienia, obecności w moim życiu.

Zmieniłem kierunek mojej modlitwy i zacząłem skupiać się na takim właśnie uczuciu. Już po jakimś czasie dostrzegłem, że nie muszę prosić i przepraszać. Gdy przychodzi Bóg do wdzięcznego serca czyta z niego jak z otwartej księgi. Zna moje strachy, bóle, poznaje wartość mojej skruchy. Nie muszę mu nic mówić tylko cieszyć się Jego obecnością. Dziękczynienie zaprowadziło mnie do miejsca, w którym zrozumiałem, że jedynym prawdziwym pragnieniem jest Bóg. To pragnienie jest w nas bardziej zakorzenione niż pragnienie wody. On nagradza poszukujących, nasyca pragnienia. Żadne źródło nie nagrodzi swego znalazcy tak jak Bóg. Nie prosiłem o tą wiedzę, świadomość, ufność – trwałem jedynie w dziękczynieniu, a Bóg sam wlał w moje serce to, co uważał za słuszne.

Dla kogoś, kto tego nie przeżył wszystko, o czym mówię jest tylko teorią. Jak szukać w sobie tego miejsca? Każda największa podróż zaczyna się od pierwszego kroku. Ja pierwszy i ostatni szczególnie poświęcam Bogu. Pierwszą rzeczą, gdy się budzę jest nie tylko podziękowanie Mu za kolejny dzień życia, ale też za to, że dziś znowu doświadczę Jego działania. Tak, dziękuję już z góry za wszystko, czym nakarmi moją duszę i nie jest to wymuszanie na Bogu reakcji. Ja po prostu wierzę Jego słowom, że nigdy mnie nie opuści (Mt 28, 20). Właśnie wtedy pojawia się moje „tak”, gotowość na współdziałanie z Nim. Do domu wracam z uczuciem, że On na mnie czeka. Mam w sercu wielką radość, że spędzę z Jezusem wieczór. To taka przystań, w której niezależnie od tego, jaki ciężki był dzień czuję się bezpiecznie. Spotkanie z Nim wygląda jak spotkanie z najlepszym przyjacielem. Nie trzeba nic mówić, wystarczy sama obecność. Gdybym miał porównać dziękczynienie do jakiegoś znanego mi uczucia byłaby to radość z oczekiwania, że za chwilę wydarzy się coś dobrego. Cokolwiek teraz się dzieje coś najlepszego jest zawsze przede mną. Każda chwila dnia, praca, uśmiech obcej osoby na ulicy przypominają mi o obecności Boga. Eucharystia wreszcie staje się żywym misterium obecności Jezusa, aż serce się do Niego wyrywa. Cały świat wygląda inaczej – piękniej.

Ktoś, kto sam staje się dziękczynieniem odkrywa całkiem nowy poziom relacji z Bogiem. Jest to relacja pełna miłości, czułości i wrażliwości. Już nigdy nie przegapisz Jego przyjścia, bo Twoje serce jest wyczulone na tą obecność. Łaska Boża może spływać po nas jak po przysłowiowej kaczce i tak jest w przypadku ludzi, którzy nie potrafią trwać w dziękczynieniu. Unoszą się nad wodami i nawet nie wiedzą, że to nie jezioro, a cały ocean miłosierdzia Bożego. My natomiast powinniśmy tą łaską nasiąkać jak wodą, by całkowicie się w Nim zanurzyć. W tej głębi nie utoniesz – w niej zyskasz prawdziwe życie.

Bóg 24/7

Spacerując po mieście wszedłem do kościoła na Mszę. Odbywały się tam akurat rekolekcje. Jeden z Ojców mówił na kazaniu, że Jezus jest Bogiem obecnym, choć nierozpoznanym. Przytoczył obraz starej przedwojennej kamiennicy, która posiadała dwa wejścia. Gdy wchodził ktoś tym uroczystym był witany jak gość, a cały dom i wszystkie niesnaski milkły. Gdyby ta sama osoba skorzystała z tylnego wejścia dla służby, prawdopodobnie nikt by jej nie zauważył i nic by się nie zmieniło w życiu domu. To obraz Jezusa, który przyjął postać sługi.

Przeprowadzka i początek nowej pracy były dla mnie stresujące. Nowe miasto, brak dawnych znajomych i duża pustka, która czeka na zagospodarowanie. Właśnie dla wytchnienia spacerowałem i pewnie trafiłem wtedy, na te słowa w kościele. Od kilku dni pytałem „Gdzie jesteś Boże? Czy mnie w ogóle słyszysz?”. Opowiadałem mu jak bardzo jest mi źle, jak czuję się obco. Miałem świadomość, że z czasem się odnajdę i podjąłem wyzwanie, któremu muszę teraz najzwyczajniej sprostać. Czułem jednak, że mówię do ściany. Nie tyle mnie nie słyszy, co nie ma Go tutaj, bo pewnie ma ważniejsze rzeczy na głowie.

W życiu jest właśnie tak jak z tymi dwoma wejściami.  Kiedy Jezus przyszedł do Izraela nikt Go nie rozpoznał. Chcieli widzieć Chrystusa inaczej, po swojemu. Pragnęli potęgi, blasku, rychłej sprawiedliwości. Czekali na kogoś w majestacie gościa, a on przecież przyszedł do siebie. Jak miał być gościem we własnym domu? Mi też brakuje otwartych szeroko drzwi. Jezus wchodzi do mojego serca wejściem dla służby i chce służyć mi miłością. Dzięki temu widzi mnie prawdziwego, słyszy moje wewnętrzne kłótnie, to, co szeptam oczekując na Niego. Nie pozwala mi się ukryć za krochmalonym kołnierzykiem i podawać dłoni w białej rękawiczce. To, że pozostaje nierozpoznany jest kwestią wyłącznie mojej własnej ślepoty wobec tego, co jest prawdą, a co mi się tylko wydaje.

Wypatrywałem Jezusa w majestacie, może na rydwanie, a może, jako błysk nienaturalnego światła. Czekałem na Jego obecność w wielkich cudach, uniesieniach, charyzmatach, a On nie przyszedł. Nie przyszedł, bo cały czas był ze mną. Dopiero pustynia obcego miejsca, gdy straciłem wszystko, czym żyłem ostatnio pozwoliła Go odnaleźć. Przeprowadzka ma to do siebie, że im dalej tym mniej możesz ze sobą zabrać. Z otoczenia zniknęły wszystkie niepotrzebne rzeczy. Trzeba się zmieścić w jedną walizkę. Pierwsza próba czyli wszystko na opak. Szybka lista i nagle zaczynasz ważyć ile par spodni jest warte Pismo Święte. Zamykają się za Tobą drzwi, a po wejściu w nową rzeczywistość dostrzegasz mały krzyżyk na ścianie, który czekał na Ciebie w pustym mieszkaniu. Czy to nie jest największy znak Jego obecności?

Może sprawiedliwiej byłoby pozostawić tylko jedno wspólne wejście? W końcu Jezus jest u siebie. Może, ale to gościnne też jest potrzebne by wpuścić do naszego świata drugiego człowieka. Trzeba stać się furtką, przez która przechodząc, każdy człowiek czuje się wyjątkowy, radosny i może przy nas odpocząć od trudów. Żeby te drzwi otworzyć wystarczy się uśmiechnąć w tramwaju, na ulicy i w pracy. Uśmiech oswaja nawet największego rozbitka. Jedne drzwi pozostaną w nas, gdy nauczymy się żyć bez masek.  Tylko wstyd przed tym, co prawdziwe każe nam budować osobne wejścia, by zawsze mieć możliwość ucieczki.

Dni świętych

  Wybaczcie mi. To jedyne słowa jakie przychodzą teraz na myśl. Wybaczcie mi bierność, brak empatii, egocentryzm i tą nieobecność w modlitwie, gdy oddajecie swoje życie za imię Jezus.

Dla całego Kościoła nadeszły dni świętych. To co dzieje się na bliskim wschodzie, w Azji i Afryce woła o Bożą sprawiedliwość. Woła też przede wszystkim o miłosierdzie ludzi. Przyznaję, że sam byłem obojętny. Coś ostatnio się we mnie złamało. Może wtedy, gdy kapłan drżącym głosem modlił się podczas mszy za Kościół, który doznaje prześladowań. I wtedy gdy nazwał to wprost holokaustem chrześcijan. Wiedziałem to już na pewno gdy ze łzami w oczach prosił, by Bóg przyjął do siebie naszych przyjaciół, braci i siostry. A kim dla Ciebie są współcześni męczennicy?

Bóg coraz słabiej nas słyszy. Niby dlaczego miałby nas słuchać? Czy nasze prośby skoncentrowane na sobie uczynią ten świat lepszym? One giną pośród krzyków mordowanych chrześcijan. Giną pośród lamentu matek trzymający na rękach konające dzieci i pośród płaczu dzieci widzących egzekucję swoich rodziców. Cisza Ojca chowającego syna głośniej przemawia do Bożego serca niż nasze szepty. Bóg nas nie słucha. Nie robi tego by karać i odrzucać, lecz by pokazać, że świat to coś więcej niż osobiste potrzeby. Jeżeli nasz wewnętrzny komfort jest ceną za życie męczenników to oby jak najszybciej nas go pozbawił. Nam jednak dobrze. Względnie spokojny zachód ma swoją wolność, prawa i dobrobyt. Zapomnieliśmy, że mamy również obowiązki. Ktoś kiedyś powiedział, że problemem trzeciego świata jest brak wody i pożywienia, problemem drugiego świata brak wolności i demokracji, a problemem pierwszego świata brak internetu.

Ogarnia mnie wstyd. To trwa od tak dawna. Miałem dosyć czasu by zrobić cokolwiek. Jeżeli twierdzisz, że nic nie można zrobić to jaka jest twoja wiara?! Obudźcie się bracia i siostry! Jesteśmy złączeni krwią Chrystusa w jedno ciało. Jakie duchowe narkotyki stosujemy, że staliśmy się tak nieczuli? Czy gdy boli cię ząb nie czuje tego całe ciało? Rozwijający się nowotwór również osłabia całego człowieka. Chrystus jest głową Kościoła i wszyscy w Nim zjednoczeni powinniśmy czuć ból tej tragedii. Kościół nie dzieli się na światy. Trzeci czy pierwszy? Jest jeden, powszechny. Oni giną w obronie naszej wspólnej wiary. Są żywym świadectwem i uosobieniem wartości wiary przez cenę jaką ponoszą.

Mamy najpotężniejszy oręż w ręku – modlitwę. Ona działa cuda. Nie proszę, a błagam. Niech każdy z nas poświęci godzinę przed Najświętszym Sakramentem, najbliższą Eucharystię, ofiaruje post i znajdzie miejsce w codziennym pacierzu dla męczenników Iraku, Syrii, Sudanu, Indii, Izraela i wielu innych miejsc na świecie. Powiedz Bogu jak ważni są dla Ciebie. Módlmy się wspólnie o dary i owoce Ducha Świętego dla nich, o łaskę przebaczenia oprawcom. Cała reszta naszych starań jest potrzebna, ale wtórna.  Jako chrześcijanie mamy obowiązek modlitwy i wspólnego czuwania. Nie możemy zostawić ich samych. Święty Piotr uczył nas, że szatan jest jak lew ryczący, który krąży by mordować. Kogo na ofiarę wybiera lew? Zwierzę słabe i pozostawione same sobie. Nasza bierność w modlitwie i czynie jest przyzwoleniem na ich męczeństwo. Kto wie, może ten czas jest wigilią przyjścia Chrystusa.

Dzisiaj Jezus pyta w ewangelii <<Za kogo Mnie uważacie?>> (Mt 16, 15). Nie tyle pyta kim jest na prawdę, ale kim jest dla nas. To za kogo Go uważamy mówi ile dla nas znaczy. Zapytajmy więc siebie: kim są dla nas męczennicy? To powie nam prawdę o naszej wierze, o tym za kogo uważamy Jezusa. Oni dzisiaj dzielą Jego los. Bóg jest z nimi, a ich świadectwo jest prawdziwe. Ich męka przynosi przez krew owoce dla całego Kościoła. To samo zło jest wymierzone we wszystkich. Nie możemy mówić, że to nas nie dotyczy. To się dzieje naprawdę.

Jeżeli dzisiaj los współbraci nas nie wzrusza, nie zachęca do trwania w modlitwie i nie potęguje poczucia wspólnoty to nasza miłość usycha. To znaczy, że umieramy w środku lecz nie za wiarę, a z niewiary. Czuję się bardzo źle bo sam wiem ile czasu przepuściłem nim zrozumiałem czego jestem świadkiem. Może właśnie ten apel jest tym co mogę zrobić najlepiej. Mam świadomość ile osób czyta tego bloga. Ufam, że te słowa dotrą do wielu innych. Święci naszych czasów wołają o pokój. Jak głośno trzeba krzyczeć by obudzić ludzkie sumienie?